U�ywamy plik�w cookies, by u�atwi� korzystanie z naszych serwis�w.
Je�li nie chcesz, by pliki cookies by�y zapisywane na Twoim dysku zmie� ustawienia swojej przegl�darki. Kliknij "Zamknij" aby zaakceptowa� nasz� polityk�.

[ Zamknij ]
Eurpoejski Rok Dialogu Międzykulturowego Dodaj do ulubionych Poleć znajomemu Polski English Narodowe Centrum Kultury PRASA DO POBRANIA FAQ KONTAKT ARCHIWUM




Strona główna > Uwagi o gościnności
Uwagi o gościnności

Autorka: Agnieszka Skalska 


Dialog, wynalazek starożytnych Greków, to tyle, co „logos podwojony”. Słowo „logos” jest wieloznaczne: oznacza mowę, ale też argument w dyskusji, strukturę rozumowania; jest też synonimem rozumu w ogóle. Martin Heidegger wyprowadza sens słowa „logos” od słów „zbierać”, „skupiać”. Logos jest czymś jednoczącym – dialog jest zaś uprzywilejowaną ścieżką dojścia do jedności. Dialog to rozmowa, która toczy się według ustalonych reguł. W klasycznym greckim dialogu filozoficznym role są rozdzielone: jeden z rozmawiających dyktuje warunki dialogu i zadaje pytania, drugi musi mu odpowiadać. Pytający jest mistrzem, odpowiadający – uczniem. Podobnie dzieje się w przypadku dialogu między przedstawicielami różnych państw lub kultur. Warunki równorzędności prawie nigdy nie są tutaj spełniane. Zawsze ktoś jest gościem, tym, który przychodzi z zewnątrz – zapraszanym lub nieoczekiwanym. Zawsze ktoś inny jest w tej relacji, gospodarzem. To on zwykle określa warunki dialogu (na najbardziej elementarnym poziomie – wybierając choćby język, w jakim dialog ma się toczyć, ale też miejsce, czas i zasięg dialogu ), to do niego musi się dostosować ten, który przychodzi z zewnątrz – chyba że przychodzi nie jako gość a jako zdobywca i agresor. Gość bywa zapraszany do rozmowy z różnych powodów. Jest potrzebny, bo imponuje, podnosi prestiż, poprawia wizerunek gospodarza, można po jego wizycie oczekiwać korzystnej wymiany pożądanych dóbr. Czasami zjawia się jednak nieoczekiwanie, bez zapowiedzi i bez zaproszenia jako niechciany przybysz, jako intruz. Takie najście rozbija klasyczne ramy dialogu, przestaje być on czymś posiadającym jasny cel i ustalone reguły – staje się wyzwaniem, sprawdzianem dla naszej tożsamości a zarazem rzeczywistym testem naszej gościnności. Logos – jedność bądź porozumienie do którego prowadzi taki dialog – staje się czymś trudniejszym, niejednoznacznym, tym bardziej jednak godnym zachodu w oczach wielu współczesnych autorów.


Józef Tischner pisał w Filozofii dramatu: „U początku pochodzenia świadomości j a leży obecność t y, a być może nawet obecność ogólniejszego m y. Dopiero w dialogu, w sporze, w opozycji, a także w dążeniu do nowej wspólnoty tworzy się świadomość m o j e g o j a, jako i s t o t y s a m o i s t n e j, odrębnej od drugiego. Wiem, że ja jestem, bo wiem, że drugi jest.” (Cyt. za: Ryszard Kapuściński, Inny w globalnej wiosce, Miesięcznik „Znak”, nr 584 (1), Kraków 2004, s. 31.) Gościnność, prowadzenie dialogu z innym, jest w istocie sprawdzianem naszej tożsamości, ale także procesem jej zmiany.


Twórcami filozofii dialogu, którą inspirował się Józef Tischner, byli Martin Buber, Franz Rosenzweig, Gabriel Marcel i Emmanuel Lévinas. Jak jednak napisał Tadeusz Sławek:
„Trudno wymienić kogoś, kto dla sprawy >obcego<, >emigranta<, >azylanta< uczyniłby więcej” (Tadeusz Sławek, Tarantella. Jacques Derrida – in memoriam, http://tygodnik.onet.pl/0,1195757,druk.html, 19 XI.2007) niż Jacques Derrida. Kwestię dialogu między kulturami, interpretował on w kategoriach etyki gościnności.


„Skoro przyjmuję kogoś, aby zachowywać się jak gospodarz godny tego miana, nie wydaję rozkazów, pozwalam mu wejść, unikam wszelkiego nacisku, wszelkiego nakazu”(Jacques Derrida, Gościnność nieskończona, przeł. Paweł Mościcki, „Przegląd Filozoficzno-Literacki”, nr 3 (9), 2004, s. 259.) – mówił Derrida. Gościnność, w jego ujęciu, zakłada „dekonstrukcję poczucia bycia u siebie w domu”, swoiste wy-domowienie, zyskanie obcości wobec samego siebie, wyrzeczenie się bycia u siebie, oddanie do dyspozycji innego. Tak przyjmowany przez nas gość to „ktoś inny niż ja, radykalnie inny”(Słowa Derridy z 1997 r., za: T. Sławek, Tarantella...). Tak inny, że być może niebezpieczny. „Jest tylko taka czysta gościnność, w której przyjmuję nie zaproszonego gościa, ale nieoczekiwanego przybysza, takiego, który w pewnej mierze wtargnie do mnie, zanim zdążę się na to przygotować. Nie jest przypadkiem ewangeliczne porównanie Królestwa Niebieskiego do „złodzieja w nocy” – Jezus jest takim niespodziewanym gościem, rozbijającym istniejące ramy dialogi. I to ja powinienem zrobić wszystko, co trzeba, by dostosować się do Niego, zmienić moje „u mnie”, pozwolić mojemu „u mnie” zmienić się tak, żeby nieoczekiwany przybysz mógł się tam zadomowić, jakkolwiek niebezpieczne by się to wydawało”(J. Derrida, Gościnność..., s. 260.)


Gościa przyjmujemy więc nie tylko bezinteresownie, ale także ryzykownie. Przyjmujemy z całym dobrodziejstwem inwentarza, narażając się na niebezpieczeństwo – rabunek, gwałt – ale przede wszystkim, narażając się na zmianę. Gość może zmienić nasz świat, nas samych. Dialog wówczas dopiero może stać się prawdziwym porozumieniem, rozmową, w której żadna ze stron (ani gość, ani gospodarz) „nie szuka swego”, lecz dąży do stworzenia nowej jakości. Wychodząc gościowi naprzeciw, pozostawiamy niejako w domu nasze zwyczaje, zasady, poglądy po to, aby spojrzeć na nie z dystansu, od strony gościa – jego zasad i poglądów. Witamy go bez uprzedzeń i oczekiwań, resentymentów i życzeń; w pewnym sensie więc właśnie przestajemy być sobą. Ze spotkania z innym nigdy nie „wychodzimy cało”, zawsze odmienieni. Nie zmieniamy wyznania, reguł życia, ale lepiej je poznajemy. Patrzymy na nie oczami przybysza – na przykład innowiercy i obcokrajowca.


„Etyczne posłanie” Derridy dotyczące zasad gościnności opiera się na odpowiedzialności, przyjaźni, przebaczeniu. „Jeżeli relacja ludzka (co nie oznacza jedynie związków pomiędzy ludźmi, lecz co trzeba widzieć szerzej, jako godną relację między człowiekiem a Bogiem, człowiekiem a ziemią, człowiekiem i zwierzęciem) ma przetrwać, i jeżeli mamy ją traktować poważnie [...] musi wykroczyć poza czysto ludzkie instytucje i granice. Państwo czy naród, które widzą w sobie samych podstawę i cel ostateczny swego istnienia, otwierają przed sobą drogę w stronę „nieludzkości”. Dzisiaj państwo, a pewnie i naród ocalić można jedynie poprzez odwołanie się do więzi „ludzkiej” (przyjaźni)” (T. Sławek, Tarantella...) – pisze Tadeusz Sławek w tekście poświęconym Derridzie. Antoni Słonimski w wierszu, który stał się tytułem i mottem książki Władysława Bartoszewskiego, pisał w 1943 roku: „Ten, który wszystkim serce swe otwiera,/Francuzem jest, gdy Francja cierpi, Grekiem/Gdy naród grecki z głodu obumiera,/Ten jest z ojczyzny mojej. Jest człowiekiem”. Przez ową „ludzką więź” rozumiemy nie tylko poczucie jedności na najgłębszym, gatunkowym poziomie. Pojęcie to oznacza także wyzbycie się wszystkiego innego, tego, co nie jest „ludzkie”, co przydane, zdobyte niejako, czym jesteśmy jako członkowie takiej lub innej kultury. Dialog wymaga wyrzeczenia się tego, w tym właśnie sensie – dekonstrukcji poczucia bycia u siebie.


Gościnność rozumieć więc trzeba jako zapomnienie o sobie poprzez usunięcie gruntu spod nóg – gruntu, do którego jesteśmy przypisani. Nie chodzi, przy tym, o rezygnację z własnej wiary, kultury, języka, lecz o gest odrzucenia tego, co nas dzieli, gest przyjaźni.


List, który mógłby stanowić motto niniejszych uwag, został napisany pionowymi wierszami. Litery układają się w słowa, gdy czytamy je z góry na dół, z lewej ku prawej stronie. Złamanie nawykowego ruchu wzroku nie przeszkadza w rozumieniu. Nadawca użył bowiem łacińskiego alfabetu, polskich słów. Graficzna forma zapisu pochodzi jednak z innej kultury. List napisał do mnie Japończyk, mieszkający od ponad 40 lat w Polsce, artysta, Koji Kamoji.


Japoński gest w polskim języku, określa oto kształt naszego dialogu, porozumienia między kulturami. Gest artysty, zaprasza do swojego świata, a jednocześnie jest znakiem równowagi między tym, co polskie a tym, co japońskie, sprowadzonej do dowcipnej relacji pomiędzy formą a treścią. Zapisana kolumnami liter kartka to niezamierzony przykład artystycznej, lapidarnej wypowiedzi o dialogu polskiego i japońskiego języka. Inaczej wyglądają rozpisane w pionie łacińskie litery. Zyskują autonomię, także graficzną, jak pismo obrazkowe.


Cała twórczość Koji’ego Kamoji’ego jest próbą wprowadzenia japońskiej ciszy, ładu i spokoju w europejskim antropocentrycznym świecie zgiełku, logosu i chaosu. Stawiając szklankę z wodą w krypcie klasztornej, drążąc głęboką studnię przez podłogi biblioteki, tworząc aluminiowe jezioro, po którym pływają łódki w galerii sztuki, Koji Kamoji przenosi, od lat, do Europy japońskie skupienie, japoński pejzaż, wspomnienia z dzieciństwa. Zaprasza widzów do siebie. Zatrzymuje ich na tyle mocno, że czasem zmieniają swoje widzenie świata tutaj. Jego dyskretne wizualne gesty tworzą nową przestrzeń. Jesteśmy w niej gośćmi, jakkolwiek mocno czulibyśmy się natychmiast w niej zadomowieni. W ramach swoich dzieł to artysta jest zaś gospodarzem.
Sztuka odwracania ról, także roli gościa i gospodarza, dzięki której możliwe jest porozumienie, to zresztą domena wielu działań artystycznych. Ich język, niemal uniwersalny, pozwala na dialog, stwarza prawdziwe warunki gościnności. Odnosi się bowiem, niezależnie od kodów kultury, którymi operuje, zawsze do sedna tego, co ludzkie.


Otwarcie na innego oznacza oddanie mu narzędzi porozumienia, kluczy do siebie. Krzysztof Wodiczko, artysta, który od wielu lat jest „rzecznikiem obcych”, w 1992 roku stworzył pracę pt. „Laska Tułacza”. Był to przedmiot o formie laski pasterskiej, laski Mojżesza. Na wbudowanym w nią ekranie wyświetlany był film video z nagraniem opowieści, trzymającego ją w ręku obcego – emigranta, bezdomnego, tułacza. Medium pośredniczyło w kontakcie z przechodniami. Nie zatrzymaliby się, gdyby nie spostrzegli zdumiewającego przedmiotu z ekranem. Artystyczne narzędzie mowy sprawiało, że głos, do tej pory niemy, stawał się słyszalny. Opowieść na ekranie przykuwała uwagę, czego nie zdołałby dokonać gest zwykłej prośby o pomoc. „Laska” stała się kluczem do kultury komercji, obrazów. Narzędziem pochodzącym, dodajmy, z tej kultury w sensie ikonograficznym. Dzięki temu instrumentowi, jednostkowe historie mogły wybrzmieć. Nakłonić przechodniów do wysłuchania „tułaczych opowieści”.


Z głosem obcego, a więc także z istotą dialogu, wiąże się paradoksalna wątpliwość. Pisze o niej Derrida: „Gdy zaczynam mówić, wymagam od mego gościa, aby rozumiał mój język i pod-języki, które ten język zawiera: formy grzecznościowe, język prawa. Istnieje przemoc, odkąd tylko zaczynam do niego mówić. Pytanie polega też na tym, by wiedzieć czy gościnność wymaga słów czy, przeciwnie – pewnego milczenia” (J. Derrida, Gościnność..., s. 259.). Słuchanie wymaga zamilknięcia. Wodiczko, eksponując w swojej sztuce historie wykluczonych, zmusza do słuchania. Udziela głosu tym, którzy go do tej pory nie mieli, tam, gdzie nikt ich nie słuchał – homoseksualistom, emigrantom, bezdomnym, więźniom. Maltretowane kobiety przedstawia jako monumentalne kariatydy na fasadzie Zachęty (listopad 2004). Ich głos ma do nas dotrzeć. Nieszczęście, które bywa nieme, dostaje się na trybunę.
Dialog wymaga wycofania się z przemocy logosu tych, którzy i tak mają przewagę. Derridiańska gościnność to milczenie gospodarza.


Jego rolą jest prośba o przebaczenie. Powinien stać się „rzecznikiem obcego”. „Przebaczenie nie jest rzuconym niechętnie zwykłym „przepraszam”, które często stanowi nieco grzeczniejsza formę odrzucenia” – jak pisze Sławek. ”Nie można godziwie prosić o przebaczenie uparcie wierząc, iż popełniając czyn, którego skutki teraz chcemy wymazać, byliśmy dysponentami prawdy” . Nie można przepraszać, wierząc, że byliśmy usprawiedliwieni, albo, że to nie nasza wina, że winni są przodkowie, sąsiedzi, inni, że winne są ekstremalne okoliczności, że – de facto – nie jesteśmy winni. Póki jednak nie przeprosimy, na kolanach, jak pisze Derrida, relacja ze skrzywdzonym kiedyś nie-przez-nas gościem nie będzie dialogiem. Nie będzie porozumieniem. Nie oddajemy siebie do dyspozycji – to oznacza, że nie dajemy się poznać jako pełni żalu, albo złości, wątpliwości, zazdrości, skruchy lub resentymentu. Nie przyznajemy się do siebie, ani tym bardziej do obcego. Dialog między Polakami i Żydami bez przebaczenia, dotyczącego stuleci, sięgających początków chrześcijaństwa (a więc dialog z inaczej wierzącymi) nie będzie możliwy. „Nasi umarli” z książki Marii Janion to nie nasi przodkowie, w imieniu których mamy przepraszać. „Nasi umarli” są mieszkańcami naszej wyobraźni, fantazmatami, figurami winy. Nie ma w Polsce Jankiela, ani Żyda z „Wesela”, nie ma Żydów w chałatach, z pejsami i w jarmułkach, sklepikarzy, karczmarzy Żyją w naszych głowach. Podobnie jak więźniowie Auschwitz i Żydzi z Jedwabnego. Także ich prześladowcy. Jak pisze Derrida, „nasza odpowiedzialność jest bezgraniczna, obejmuje wszystkich i wszystko, nasza relacja z Drugim/Innym/Bliźnim jest tą samą relacją, która łączy nas z żywymi i umarłymi oraz z Bogiem” .


Najważniejszy być może dla naszej kultury dialog – pomiędzy Żydami a Polakami – toczy się wokół pojęcia przebaczenia. Ono, z kolei, dotyka istoty chrześcijaństwa. Chrześcijanin to ten, kto prosząc o przebaczenie, wyznając winy, dostrzega w bliźnim podobieństwo do Boga. „Co uczyniliście jednemu z braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” – mówił Jezus.


Bez przebaczenia dialog nie jest możliwy. Dopiero na nim można zbudować przyjaźń – symetryczną relację pomiędzy gościem a gospodarzem. Przestrzeń dialogu wolna jest wtedy od przemocy. Bez przyznania Innemu poczesnego miejsca, wywyższenia go, bez właściwego, literalnego zrozumienia staropolskiego przysłowia: „gość w dom – Bóg w dom”, nie ma gościnności.


Inny jest Bogiem – zjawia się, aby zostać tak przyjętym. Ryszard Kapuściński, mistrz obcowania z Innymi, sam praktyk inności, przytacza w swoim wykładzie słowa Cypriana Kamila Norwida z jego Odysei: „Bo tam – pisze Norwid – w każdym nędzarzu i tułaczu obcym podejrzewało się naprzód, czyli on nie jest z Boga? Nie można było ugościć nikogo, zapytując naprzód: kto jest przychodzień? – ale dopiero skoro się w nim uszanowało boskość, zestępowało się do ludzkich pytań. I to się nazywało gościnnością, a policzało ją dlatego właśnie między nabożne praktyki i cnoty. Jakiegoś „ostatniego człowieka!” nie było u Greków i Homera! – zawsze on był pierwszym, bo jest boskim”. Rzeczywiście, w Grecji starożytnej istniała instytucja błagalników, którzy mogli prosić o azyl w obcym państwie – przyjęcie błagalnika było uczynkiem pochwalanym przez bogów.


Oddanie bliźniemu boskości wyrównuje warunki dialogu. Burzy naszą nadrzędną pozycję gospodarza. Derrida pisze: „[...] to, co można powiedzieć o moim związku z Bogiem, można rzec o mojej relacji z innym [...]” (Słowa pochodzą z rozważań nad biblijnym Abrahamem (1992), za: T. Sławek, Nieme spojrzenie opuszczonych, „Kontrapunkt”, „Tygodnik Powszechny”, nr 6/7 (24/25), Kraków 28 VI 1998.) Gospodarz to ten, kto słucha, milczy, kto przyjmuje, kto gotowy jest na zmianę, na stanie się innym.


W tym samym tekście Kapuściński pisze o zmianie, jaka nastąpiła w sposobie postrzegania naszej tożsamości: „Nasza planeta zawsze była co prawda wielokulturowa, od niepamiętnych czasów ludzie mówili na niej różnymi językami i wierzyli w różnych bogów, ale tak potoczyły się losy świata, że przez ostatnie pięć wieków dominowała nad nami kultura czy cywilizacja europejska i wobec tego mówiąc „my” rozumieliśmy – my, wszyscy ludzie, choć w rzeczywistości chodziło tylko o nas, Europejczyków. Ale dziś zaczynamy już nieodwołalnie wchodzić w epokę, kiedy to jednoznaczne równanie my= Europejczycy, jako synonim wszystkich ludzi na świecie, zostaje zakwestionowane przez trwające przemiany dziejowe” .


W ramach „globalnej wioski” McLuhana, za sprawą mediów i rozwoju techniki wciąż skraca się fizyczny dystans dzielący ludzi, państwa i kultury, tym samym zmienia się tożsamość gości i gospodarzy, lecz reguły dialogu pozostają te same.


Dialog z innymi stał się technicznie znacznie łatwiejszy, poczucie zadomowienia osłabło. Wszędzie jesteśmy gospodarzami i gośćmi zarazem. Tym bardziej jednak chowamy się, zamykamy w sobie, w swojej prywatności , w anonimowości takich samych dla wszystkich ikon świata konsumpcji. Świat stał się bardziej dostępny, ale zarazem bardziej homogeniczny, płaski. Supermarkety, kawiarnie i ekrany komputerów są wszędzie takie same – ludzie wydają się do nich jedynie dodatkami, a nie stronami dialogu. Prawdziwe otwarcie wciąż wydaje się możliwe jedynie w sztuce, która czerpiąc z partykularnych kultur, zawsze dotyczy istoty, wspólnej dla wszystkich. To w ramach sztuki możliwe jest poczucie bezdomności a zarazem zakorzenienia. Sztuka posiada pozajęzykowe (milczące) narzędzia wyrazu przeprosin. W przestrzeni artystycznej gościnność nie wiąże się z byciem u siebie w domu, ta „przestrzeń” sama wymaga aby wstępując do niej, wyjść na zewnątrz, poza terytorium znane i oswojone, w dziedzinę w której, wszyscy jesteśmy nie tyle konsumentami co, by znowu odwołać się do tego starogreckiego terminu, błagalnikami inności.

< powrót | Strona główna
Positive-Power